Rena jednak, która zawsze doskonale nastrajała się na ten fałszywy ton udanej wesołości, dziś przybrała zupełnie inny sposób. Przeważnie trzyma się odsunięta od stołu, wargę ma wydętą, biust naprzód podany. Od strony Halskiego przebiega po niej jakby dreszcz. Tłumaczy to sobie fizyczną odrazą, jaką budzą w niej reminiscencje jego zbliżenia się do innej kobiety.
Rzuca przez zęby:
— Ach! Jakie nudy!
Halski się dziwi.
— Tu, wśród wesołości?
— To wesołość?
— To więcej niż wesołość! Prawie szał.
Oboje wykrzywili się ironicznie. Odwróciła się twarzą ku niemu:
— Wstrętne!...
— Po cóż pani tu siedzi?