Pogrążona w jakiejś mrocznej głębinie istota Reny nie zdaje sobie nawet sprawy, jak bardzo skomplikowaną jest ta gorycz, która ją przepełnia. — Utartym szlakiem tłómaczy ją sobie jedynie jako cierpienie strony duchowej swej istoty. Ogarnia ją pragnienie niezmierzonej tkliwości. W tej chwili osamotnienia zazdrościła kobietom, spoczywającym w objęciach mężczyzn, lecz zazdrość jej formułowała się jedynie do świetlanej atmosfery, w jakiej te kobiety żyć mogły. — Zdawało się jej, że gdyby jej dana była ta możność, głos jej, myśl jej, nabrałyby nieznanego jej do tej chwili dźwięku bezwzględnej szczerości, i że ta szczerość pozwoliłaby jej wreszcie stać się raz jeden sobą samą i zrzucić z twarzy maskę, którą, jak przekleństwo, nosić musiała. — Nie starała się przeniknąć i zrozumieć, w czyich objęciach chciałaby znaleźć to ukojenie, mglisto i niejasno przedstawiała sobie tego człowieka. Chciała tylko, by ją odczuł, zrozumiał i nie przerażał ją swą gwałtownością.

Tylko melancholijna łagodność mogła ją pociągnąć ku sobie. Była, jak ktoś bardzo chory, marzący o odpoczynku po cierpieniach strasznych tortur, w dobroczynnej ciszy błękitnej, nocnej lampy.

Na dole, pod balkonem prawie, posłyszała kroki. — Nie oderwała głowy od rąk — skurczyła się jeszcze przy ścianie.

Nie patrząc — wiedziała, iż to Halski.

Jak we śnie, posłyszała dzwonek do bramy i wtedy porwała się.

— Szedł więc! Szedł!...

Wpadła do pokoju i do swej sypialni. W salonie rzuciła pokojówce prawie bezprzytomna:

— Jeśli pan Halski — wpuść go do salonu... sama siedź w kuchni ubrana! Czekaj aż ja zadzwonię... Zgaś zupełnie światło!

Dziewczyna zdziwiona cofnęła się.

Rena już była w sypialni. — Zaczęła całą siłą przywoływać się do przytomności.