— Wie pan co? — rzuciła niedbale — czy nie dobrze byłoby pogodzić się z mężem?

Wytrzeszczył oczy zdumiony.

— Jakto? Z czyim?

Swawolny, przeciągły śmiech przepoił ją całą.

— Przecież nie z mężem pańskiej żony! Z moim własnym! Z panem Bohuszem!...

Cieszył ją podwójny spadek jego humoru.

Przerwany proces, więc brak honorarjum, dalej ten mąż, wkraczający nagle w podbójcze zamiary...

— Przecież pani się z nim rozwodzi! — wybełkotał.

— Ach, panie! Jakże pan mało zna kobiety! Dziś się rozwodzimy, nienawidzimy, gotowe jesteśmy wynająć zbira, któryby zakłuł takiego pana na rogu ulicy... Na drugi dzień, co mówię — czasem w kwadrans, w pięć minut, konamy z pragnienia, aby połączyć się z nim na nowo.

— Daruje pani, ale to chyba czynią kobiety, których nie można brać na serjo!