— Ale dzieci! — zawołała — dzieci?

— Cóż dzieci?

— Gdy dorosną...

— Ba! Gdy dorosną — matka ich odzyska najzupełniej „opinję” w oczach świata. — Owe występki (według Pani) pomniejszą się na odległość. Staną się, ot... péchés mignons. Niczem więcej.

Rena podniosła się z miejsca.

— To wstrętne!

— Ach nie!... To proste. Wy, moraliści, macie pasję komplikować życie. Z pomyłek stwarzacie przykazania i wiedząc doskonale, że to są tylko pomyłki — padacie przed niemi na kolana. — Żal mi was!

— Mnie pana żal!... — rzuciła bez przekonania.

Ottowicz i Janka — nadchodzili od strony najciemniejszego gąszczu. — Rena usiłowała odsunąć zbyt ciężkie krzesło, Halski pośpieszył jej z pomocą. — Chwilę ręce ich na poręczy krzesła się spotkały. Uczuła szalony, bolesny dreszcz, przeszywający ją całą. — On usunął natychmiast rękę.

Pardon! — wyrzekł spokojnie.