— Tak!... ale jakże będzie, gdy mąż twój przyszły pochwyci cię w objęcia? Czy wtedy Halski, jego obraz, jego odczucie opuści cię? Zdoła cię opuścić?
Z całą brutalnością wali się na Renę przebieg aktu małżeńskiej miłosnej sceny. I ze wszystkich por jej ciała, ze wszystkich żył, nerwów porywają się szatany płomienne o rozpalonych pazurach i łaskoczą ją wspomnieniem dreszczów, które wyczuła w objęciach Halskiego...
Rena porywa się z szezlągu i rozrzuca dookoła siebie poduszki. Depcze je nogami. Jest jakby w ogniowym kręgu, który lada chwila zamknie się dokoła jej bioder. Nie jest bezświadomą dziewczyną — małżeństwo jej odkryło przed nią tajemnice oddania się kobiety. — Więc nie jak dziewczyna, rozkochana w drugim, wejdzie na próg alkowy przyszłego swego — małżeństwa. I to, co pozostawiła jej chwila, gdy zmysły jej uwisły przy ciele Halskiego i spiły z niego podniecenie oszałamiającego napoju — jasno i wyraziście jednoczy się z tamtem, pierwotnem pojmowaniem istoty miłości. Czuje, że napróżno szukać będzie słodkich, przymąconych wrażeń odnośnie do Halskiego. I oto ogarnia ją rozpacz niekłamana głęboka. Radaby paść na kolana i wzywać jakiejś mistycznej pomocy, wyć i modlić się na wzór mniszek, kaleczących białe kolana na północnej Adoracji poza czarnemi kratami chóru. Lecz ta potęga jest poza wszelkiemi ołtarzami. Ma ona świątynię bezkresną, z kopułą natkaną djamentami gwiazd, konających lub rodzących się w tchnieniu bajkowych łączeń się energji. Sama essencją energji będąc, zwalczyć się nie da żadnym schematem, żadnym ruchem wierzeń oczyszczających, które pod pozorem udoskonalenia ludzkości paczą, przekręcają, katują po prostu najwspanialsze, najsilniejsze, najbardziej podstawowe instynkta organizmu ludzkiego. Dlatego — oto i ta kobieta, tak zdrowa, tak silna, tak pełna soków życiowych, tak gotowa do aktów rozrodczych — szaleje wśród tej nocy letniej z nadmiaru energji, dusząc się w chęci przebywania w jednym ze „stanów chwalonych”. Ten stan, który dla niej wyznaczono, nazywa się wstydliwością, skromnością, czystością. Zanim władze świeckie i duchowne przejdą przez jej wybór, łożnica jej musi stać zamkniętą, a ona żyć ma jak istota bezpłciowa — pasożytniczo względem siebie i drugich...
*
Czuje to Rena, rozumie i dlatego nie pada już na kolana, nie składa rąk gotycką, strzelistą linją modlitwy. Nie potrafi się zorganizować, bo nagle wszystko się w niej zdezorganizowało i nastała w niej anarchja zupełna. Głodną po prostu myślą ściga teraz wspomnienie Halskiego. Gdzie on? Gdzie on?...
Machinalnie kieruje się ku sypialni, narzuca ciemny płaszcz, kapelusz upina pospiesznie. Jak cień, szybki i gnany wichrem namiętności, zbiega ze schodów i biegnie do stacji dorożek. Wskakuje do tej samej dorożki o siwych koniach, która wiozła kiedyś Kaswina w objęcia prostytutek. I w chwili, gdy dorożka rusza z miejsca, Rena wyobraża sobie ten moment z przedziwną jasnością.
Ze zdumieniem konstatuje, że to wspomnienie przesuwa się po niej z wielką obojętnością. Nie zahacza w niej żadnej struny oburzenia, jak dawniej.
Co więcej, nawet — niesmaku.
Jakiś żal, jakieś współczucie... coś niejasnego, lecz nie to, co poprzednio.
Stanowczo.