Któregoś ranka zjawił się w mieszkaniu Reny adwokacina.
— Pan powie? — zapytała, nie patrząc nawet na niego.
— Chciałem donieść pani pierwszy o ważnej nowinie...
— Cóż się stało?
— Mąż pani zachorował w handelku śniadankowym. Przywieziono go do Sanatorjum.
— A!...
— Wobec tego może wstrzymać dalsze popieranie rozwodu?
Rena miała ochotę, a przynajmniej czuła, że należy zapytać, czy rzeczywiście tak źle z Bohuszem — lecz zasunęła się w jakąś pogardliwą obojętność.
— Niech pan robi, jak zechce! — odparła znudzonym tonem.
Zaczął jej opowiadać, jak pan Bohusz w ostatnich czasach zapijał się elegancko — jak codziennie szampany, koniaki i inne trucizny gładko przesuwały się do jego organizmu — jako on sam widział pana Bohusza w handelku dobrze podciętego i produkującego się przed bandą roztańczonych przed bufetem gości — sztuką zapalania papierosów w kieszeniach marynarki — jako dawno lekarze przepowiadali...