— Zbrodnia!... Zbrodnia!...

Jakaś słodycz serce jej mimo wszystko przejęła.

— Nie! Nie zbrodnia!... Rozkosz jego... Moja!...

Osunęła się na szezląg — ciemność ją ogarnęła.

— Rozkosz jego... moja...

I z tej półświadomości wypełzało ku niej wspomnienie inne, myśl naturalna — myśl o Weychertowej.

— Jest tam, u niego, z nim!... Zajmuje moje miejsce.

Wydało się jej, że ta tłusta, rozlana kobieta zajęła własne jej stanowisko.

— Jest tam! Z pewnością jest tam... — Jakiem prawem? Tam — ja!...

Porwała się. Nawet coś trywialnego przemknęło się przez nią.