I jakieś spojrzenie, powleczone mgłą, jakby gotowe i zastygłe w wieczystem uwodzeniu i przywleczeniu sobie do nóg.

On był nasycony i przesycony. Wolno mu bowiem było sięgać i wyciągać rękę.

Ona — konała z głodu...

Więc łatwą tu była rola wyższości i zrozumiałe przyczyny.

*

I tak to trwało, a wlokło się jakiemiś wiecznościami — aż ona pierwsza, drżącym, zmienionym, brzydkim głosem spytała:

— Pan mnie nie pyta... dlaczego ja...

Zrobił wytworny gest. — Dyskretny był, szanował przyczyny.

I ta dyskrecja nie opamiętała jej.

— Bo... bo...