— Powstań pani! — wyrzekł, nie patrząc na nią. — Powstań! Proszę! To są królewskie dary! Ja nie jestem ich godny.

Zaczęła szukać kontaktu jego oczu, nie znalazła — zmartwiała spytała zbielałemi usty.

— Jakto? Dlaczego?

Opancerzył się surowością głosu. Wygnał z niego nawet naloty smutne.

— Pani mi przynosi zbyt wiele! — wyrzekł twardo. — Nieskazitelność swych uczuć, swych zmysłów. Jesteś tak piękną, jak tylko może być piękną kobieta w uniesieniu miłosnem. Co ja pani dam w zamian? Rutynę miłosnej ekstazy — wydoskonalenie w szkole miłosnej zmysłowości. Gdy przejdzie pani uniesienie i rozpętany głód wrażeń erotycznych, będzie pani miała do mnie żal straszny, że to tylko przezemnie zeszła pani ze swego tronu, na którym, bądź co bądź, z taką wyniosłością doskonałą trzymała się pani dotąd. I będzie mnie pani nienawidziła!

Porwała się z ziemi, wybiegła ku niemu.

— Nigdy!

Cofnął się jeszcze więcej, jakby w obronie.

— Będzie mnie pani nienawidziła — powtórzył z całą siłą. — Ja to wiem, ja to czuję, a ja tego nie chcę!

Przerwał mu krzyk Reny, nie krzyk, ale skowyt raczej, od głębin jej tak tajemnych, że aż groźnych.