Lawą rozpaloną — mgnieniem przebiegły jej nerwy i żyły.

— Tak! — padło z poza jej zaciśniętych zębów — tak! brałam udział, jak mówisz — pełny, zupełny!...

Odsunął się od niej — jeszcze więcej pobladły, ale napozór drewniany, zlodowaciały.

— Żegnam panią!

Skłonił się jej zdaleka. Wydał się jej śmiesznym. Doskonale się stało, że odchodził. Był nudny i doprawdy bezwiednie komiczny. Nie miał tu co robić. Nie odpowiedziała mu nawet na ukłon, tak bardzo zajęta pragnieniem, aby czemprędzej zniknął.

Gdy się to wreszcie stało i pozostała sama — wielkie, bezbrzeżne uczucie ulgi wydarło się jej z piersi.

Wzniosła ręce w górę i roześmiała się.

— Niczyja! Niczyja! — powtórzyła kilkakrotnie — raczej swoja własna!

— Jak ja się teraz cenić i kochać potrafię! ho! ho!... Wiem teraz, ile moje ciało dla mnie samej warte, co mi za przepych wrażeń dać może!...

Kopnęła kwiaty Kaswina, podarła jego list na strzępy...