Że taki mud’ może się nie poznać.

Albo:

Że się może poznać, więc...

Tem lepiej.

Zawsze — niech ani jedna linja nie zostanie stracona. I milej być głaskaną wzrokiem choćby osobnika, zajętego oczyszczaniem otomany z problematycznych moli, jak nie być głaskaną wzrokiem niczyim.

Bo w takim razie pozostaje nam tylko gorzki żal nad słonym, a niezapłaconym rachunkiem szwaczki, która nam taki piękny i cudnie opięty kostjum stworzyła...

Więc już lepiej — niech choćby lokaj...

Czuję magnetycznie, że jestem podziwianą od strony odwrotnej, a tymczasem ja znów podziwiam łysinki na czaszce Maryli. I myślę, że jej mąż, który jest człowiekiem bardzo wykwintnym, ma mnóstwo smaku i gustu, ma dużo do czynienia w tym domu.

Gdyż dziełem jego jest nietylko ta jadalnia, ten salon Louis XV, ten gabinet orjentalny, ten buduarek bardzo czysty empire, ale i ta Maryla, „powabna kobietka”, którą lubimy i którą mężczyźni bardzo pożądliwym wzrokiem ścigają na balach.

Wiem, że Jasieński jest człowiekiem dumnym i że drażniłoby ambicję jego i miłość własną, gdyby jego żona ukazywała się w swej naturalnej postaci, prosto, skromnie — jak Pan Bóg stworzył i żyć jej przykazał.