— To, co ta... Halskiego w Warszawie. To, moja droga!...
Płomienie przebiegają pod skórą Marylki.
— Och?...
— Tak! Tak! Tylko wtedy możemy marzyć o jakiemś uczuciu i przywiązaniu i szczęściu i innych akcessorjach życiowych! Tylko wtedy... Inaczej dla nas nic! nic!... Rozumiesz mnie, nic.
Porywam ją za ręce, wstrząsam nią. Cała gorycz dni ubiegłych wypływa mi do serca, na usta.
— Mamy szacunek tych panów, rozumiesz, szacunek! One wszystko!...
Lecz już to słowo „szacunek” wystarcza, aby mnie uspokoić. Jestem jak koń cyrkowy, który posłyszał znaną mu melodję polki. Znarowił się na chwilę. Lecz oto — polka. Wraca do ronda i zaczyna dreptać, tańczyć, przebierać nóżkami.
— I trzeba się tem zadowolnić!... — kończę z szerokim, szlachetnym gestem córy monarszej, którą wydają za mąż za drobne, nic nie znaczące książątko z krwi królewskiej.
Maryla oberwała ze zmartwienia koronkę u matinki.
— Idziesz już?