— Tak — przyznaję się otwarcie.
I dlatego roztrząsam z takim szykiem i powolną, senną gracją te stosy batystów i koronek...
Wszystkie ścieżki są dozwolone, skoro prowadzą do Rzymu.
I widzę — co?
Oto mój, a raczej twój Halski zachowuje się jakoś biernie i obojętnie.
Poznał mnie, ale popatrzył na tę koronkową grę i... powrócił do swych kołnierzyków.
Poznałam, iż byłam na fausse route.
Przestałam igrać z koronkami, odwracam się i mówię:
— Tiens! To pan!... Nie widziałam.
A on na to: