Ale nie pisz! Całuję cię zdaleka, zdaleka!...

Twoja kochająca cię

Rena.

Strasznie mi dziś ciężko, nudno, pusto. Wiesz — chwilami to mi już nawet tego męża żal. Niema na kim ani przed kim demonstrować złego humoru. O Boże! Po co mnie stworzyłeś? Jakąż ciężką walką jest to moje nędzne życie...

I

Rena błądzi po domu, jak dusza niepewna swego przeznaczenia.

Rena ma błękitny, ładny peniuar, nie zapięty zupełnie, a pod nim cienką koszulę. Ta koszula nie jest nadzwyczaj świeża, ale za to peniuar ma atłasową podszewkę. Nastrój umysłu Reny jest podobny do szczegółów jej stroju. Wierzchnia warstwa — ta widzialna dla tłumu, jest nawet błyszcząca i kulturalna. Jest to kultura ludzi, którzy czytają początek i koniec każdego dzieła, „o którem się mówi”. Lecz to, co wewnątrz — ta koszula, ta warstwa własna i niewidoczna, to ma zatęchłe pojęcia zmieszanych, różnych, fałszywych wartości, któremi suggestjonowali to atłasowe stworzenie od kołyski po łożnicę ślubną.

Więc przedewszystkiem rozwiana tam chorągiew pruderji, ta skromność przedewszystkiem — nie była cnotą z potrzeby, nie szła ze źródła kierunku ducha, lecz była to raczej cnota z wyrachowania. Było w tem coś z zasad Chrystjanizmu. — „Ja, Panie Boże, będę uczciwy, ale ty mi za to, Panie Boże, dasz to i to”...

Rena była uczciwą i to, co Francuzi nazywają prude.

Tak sądziła. Ale za to cały szereg gestów jej i słów był szeregiem gestów i słów wykonywanych przez handlarza, zachwalającego swój towar. Tak było z pierwszem jej małżeństwem, a raczej sprzedaniem swego dziewictwa. Tak było i teraz, gdy pewien przeciąg lat i doświadczenie rozluźniło pęta, jakie panieństwo nałożyło na nią. Patrząc zdaleka na jej zachowanie się, sądzićby należało, iż jest to z gruntu istota zdeprawowana i lubieżna. Mimo to przecież była bez skazy, choć wyznawała zasady małej pani Jourdan z Zolowskiego Pot-bouille.