Baba Florka, pyskaczka na całym przedmieściu znana, pierwsza do izby wpadła, zdyszana i spocona.
— Skapiała13 ot tak w nocy, jak nie przymierzając bydlątko jakie. Ni to gromnicy, ni to poświęcenia wody, ni to litanii koło łóżka. Ino14 się tego wagabundy15 czepiła, to i duszę zatraciła.
Do łóżka dostąpiła ostrożnie, jakby bojąc się, aby w trupie jeszcze resztka życia się nie kołatała.
— Jak to leży!... — podjęła znowu. — Nie jak umarła, ino jak grzesznica. Koszula rozchamrana16, włosy poczochrane, czysto17 jakby się spod Zamku oberwała!...
Nie poprawiła wszakże nieładu w ubraniu zmarłej, nie dowierzając jeszcze spokojowi śmierci.
— Takich to nie wiedzieć18, co prawda, co skłamanie, jeszcze zębami za rękę przycapnie, to palec odkąsi19...
Po izbie się obejrzała, jakby chcąc obliczyć i wchłonąć w siebie pozostałą spuściznę.
Kuferek ciągnął jej oczy w magnetyczny sposób.
— Pewnikiem20 tam są korale — mruknęła, suche palce krogulczo zaginając.
Lecz jasna smuga światła w otwartych drzwiach się rozkładająca, zaciemniła się na chwilę. Mały chłopak w obszarpanej kurtce wpadł pchnięty silną ręką czerwonej i tłustej kobiety.