Aktorki!... fiu!... wszystko kurtyzany!...
Rzecz ceny — nic więcej!
Ramionami wzruszał, usta wydymał, pełen szlachetnej pogardy dla istot ujrzanych zaledwie z daleka, wśród blasku gazu, w szeleście jedwabnych spódnic i całej fali koronek.
Serce biło mu gwałtownie, gdy ujrzał którą przechodzącą ulicą.
Jeśli nie był sam, pociągał gwałtownie swego towarzysza i przechodził na drugą stronę ulicy.
— Dlaczego to robisz? — pytał towarzysz — patrz, idzie Morelka, przywitasz się z nią... może mnie przedstawisz?
— Dziwny jesteś — odpowiadał — nie wiesz, że od dawna nie znam tej pani?
Lub zapuszczał się dalej w efronterię7 mówiąc junacko:
— Witać się z nią? Cóż znowu, przecież ja nie mogę się tak skompromitować!
Przechodził szybko, głowę do góry niosąc, z ustami wydętymi pogardliwie, ironicznie, pogwizdując jakąś urywaną melodię.