Ona chłonęła w siebie to powietrze, w którym wzrosła, cała prawie pijana wonią nędzy brutalnie z wnętrza ziemi się wydzierającej.
Razem z tą wonią budziło się w niej wspomnienie tatli, Wicka...
Ulicznica kurczyła się przy ziemi, chcąc zniknąć prawie, wkopać się pod suterynę i znaleźć się nagle na środku tej izby, z której uciekała cichaczem, w nocy, na rozpustę pomiędzy „kanonierów” się przebierając.
W naprężeniu nerwowym, w jakim była, zaczęła nagle majaczyć; zdawało jej się teraz, że Wicek chce wyleźć z kołyski, a ona uspokaja go i leżeć mu każe.
— Leż, hyclu, robaku, sieroto! Bo cię uśmiercę!...
Nagle poczuła się kopnięta silną, męską nogą, w gruby but zbrojną.
— Ha, frajla! Wie gehts5? — zaśmiał się rozbawiony żołnierz, błyskający w świetle latami rzędem złotych guzików — chodź panna z nami, wypijemy paar śnaps zum andenken6!
Olka ocknęła się z zadumy i porwała się z ziemi.
— Gut, Herr Leitnant7! — wyrzekła, rzędem białych zębów błyskając — ja na to, jak na lato!
— Fesches Mäderl8...