— Wisi mocno! niech się pani nie stracha!
Oswajali się powoli z tym trupem smutnym i stygnącym w zaduchu źle utrzymanej izby.
— Nie ma nic?
— Nie... ino blaszany naparstek.
Żydówka znów zaklęła.
— Daj pan Marciński naparstek! Salcia swój zgubiła, nie potrzeba kupić.
Nagle zamilkła i bliżej do okna postąpiła.
Trup, kołysząc się, odsłonił nogi.
Nowe, porządne buciki, zapięte na guziczki, ukazały się oczom właścicielki hotelu.
— Niech pan Marciński zlezie!