Pani Lena odwróciła się i spytała szybko:
— Patrz!... Ta kobieta dziwnie tu spogląda, czy może znasz ją?
Lecz mężczyzna nie ruszył się nawet, przytulony do kąta karety, nikczemny, nędzny w tej trwodze, jaka zwykle ogarnia każdego z nich na widok zdradzonej kobiety.
— Siedź spokojnie! — wyrzekł — to szwaczka mojej żony!...
Kareta ruszyła wreszcie z miejsca, obryzgując błotem stojącą na chodniku kobietę.
Ona patrzyła jeszcze długą chwilę, zdumiona, przerażona, powtarzając cichutko:
— Koteczek? Koteczek?
Lampka przed Matką Boską dopalała się prawie, a nikt nie myślał o dolaniu oliwy.
Cicho było bardzo w sypialnym pokoiku. Obydwa łóżka małżeńskie były próżne, choć już druga wybiła na kuchennym zegarze.
Józia, boso i w koszuli, siedziała skulona na oknie, czekając na powrót męża.