Opodal — na dywanie, niedojedzone maluchne ciasteczko z wygryzioną konfiturą i zlizanym lukrem...
Seweryn podniósł się na łóżku i sięgnąwszy ręką po filiżankę ziółek, [zrzucił na ziemię pudełko „pate des prelats”, którą nadawał] alabastrowy ton rękom.
Był zdenerwowany i silnie podrażniony przez tę niespodziewaną wizytę rządcy, wypowiadającego mu mieszkanie.
Trzeba szukać nowego lokalu.
Hm! ale czy to tak łatwo....
Wreszcie tu — kamienica dyskretna, lokatorowie nie zajmują się plotkami, zdają się nieżywi po za uroczyście zamkniętemi drzwiami głównego wejścia. Kto wie — na co trafi Seweryn i czy nie wyniknie z tego cały szereg przykrych zajść i kolizyj.
Sięgnął ręką po skarpetki i wolno wstawać zaczął.
Spojrzał w okno.
Dzień był jesienny, ciepły jeszcze, ale trochę pochmurny. Jakieś szare, smutne światło płynęło przez szyby przysłonięte japońską siatką, po której latały z podniesionemi skrzydłami dziwaczne ptaki.
Seweryn skrzywił się i trochę przygasłemi oczami powlókł dokoła. Jakkolwiek szarawe cienie włóczyły się po kątach, mieszkanie to wydało mu się po prosta rajem. Taka cisza, taki spokój panujący nawet po za oknami! Nieledwie słychać było kroki rzadkiego przechodnia idącego wzdłuż domów.