Oczy ich spotkały się, ręce splotły w uścisku. Cała bezgraniczna, zmysłowa potęga zadrgała w tem jednem spojrzeniu. Gorąco aż biło od tych dwojga młodych ludzi, ukrytych w cieniu odosobnionej pracowni malarskiej na ustronnej ulicy.

— Kiedy cię zobaczę?... — zapytał mężczyzna, cały drżący pod wpływem dotknięcia jej rąk rozpalonych.

Ona wzruszyła ramionami.

— Niewiem kiedy się wyrwę, niełatwo mi to przychodzi...

On wstrzymywał ją jeszcze, obejmując miłosną pieszczotą.

— O! ale... niedługo!

Kobieta spojrzała mu znów w oczy.

Zielone błyski strzeliły z pod jasnych rzęs.

— Szaleńcze! — wyszeptała zdławionym od wzruszenia głosem — czyż ja mogę istnieć, nie widząc cię dni kilka?...

A do progu już zwrócona, dodała pieszczotliwie: