Snuła się więc znów po „Rurach” — omijając starannie czerniącą się sylwetkę policyanta.

Czasem przemknął się koło niej terminator bosy, obdarty, zasmolony.

Podskoczył, gwizdnął i zajrzał w oczy rozczochranej dziewczynie, mknącej wzdłuż kamienic.

Czasem, gdy już był po śniadaniu, zaskrzeczał przeraźliwym głosem:

„Spadła małpa z pudła
Stłukła sobie łeb”.

Ona szła dalej, z głową opuszczoną na piersi, plując śliny, które jej napływały wciąż do ust — prześladowana jedną i tą samą myślą:

A gdyby wrócić na Żółkiewskie!


I wróciła!