Latarnia naftowa, na słupach za pomocą sznura zawieszona, pośrodku uliczki się chwiała, cała żółta, smutna, jakby mgłą przysłonięta.
— Ty się jutro żenisz? — zapytała wreszcie dziewczyna.
— Żenię, abo co?
— Nic!... daj ci Boże jak najlepiej!
Przekleństwo uwięzło w gardle Wicka.
— A w którym ty kościele ślub będziesz brał?
Wicek ramionami wzruszył.
— U Śnieżnej... ale, co ci do tego, ty mi czasem do kościoła nie przychodź! Słyszysz?
[— Bo to... widzisz Wicek, ja] pieniędzy trochę złożyłam — zaczęła prędko — mogłabym porządną jaką kieckę przywdziać i wstydu byś ty nie miał!...