Pudełko z tytoniem stało na przedniem siedzeniu.

Pani hrabina miała żółty płaszczyk i twarz lśniącą od nadużycia gliceryny.

Pan hrabia miał prześliczne turkusowe oczy, wprawione w pożółkłą maskę zgryzionego wątrobiarza.

Koczyk stanął przed bramą.

Lokaj zlazł powoli i za wrota pociągnął, pasące się obok stado gęsi uciekło z przerażającym wrzaskiem.

Koczyk próg bramy przestąpił, wstrząsając woźnicą, pudłem, panią hrabiną, panem hrabią i obydwoma cybuchami.

Gęsi, ciągle drąc się, leciały wśród masy traw, łopocząc skrzydłami, i hen aż pod tajemnicze gąszcze ożyn się dostawszy, przypadły do ziemi, zdyszane i srodze zmęczone. Lecz już na ganku dworu powstał ruch i w kredensie Janek czytający „Resurecturi” w „Tygodniku ilustrowanym”, otarł nos w znaczący sposób.

— Czort dyabła niesie! — wyrzekł półgłosem.

Z nad tapczana surdut zdjął, poślinił welwetowy kołnierz, na którym łupież silnie przylgnął, surdut nadział i powłócząc nogami na ganek podążył.

Już pani sędzina pędziła od strony garderoby, pokrzykując cienko: