I nagle, ni ztąd ni zowąd, rozlega się z piersi dzieci wrzaskliwy śpiew:
„Hopsztynder!.. Madaliński
Fiuta!... Z kopyta!...
Szara ciuch, ciuch! tańczy sobie
Z Barabaszem mazura!...”
— Proszę o spokój!... — jęczy błagalnie pan Wentzel.
„Hej kolęda!... kolęda!...
Podobał się Jewie! jeździ na cholewie
A boso go znać!... znać!... znać!...”
Pan Wentzel głowę ukrył w dłonie.
Lecz nagle drzwi się otwierają, i dwie postacie kobiece ukazują się w progu.
— Co się to dzieje? — pyta pani domu, chuda, płaska blondynka — nosząca na schylonych ramionach fałdziste szaty wdowie.
— C'est atroce! — odzywa się druga, odpinająca żwawo guziki zniszczonego płaszczyka.
— Panie Wentzel, jak pan możesz pozwolić na coś podobnego?!