Durszlak, patelnię, wałek do ciasta — Resia poustawiała na komodzie wraz z flakonami kryształowemi i weneckiem lustrem.
Zbytkowne wydanie „Pana Tadeusza” poszło dla braku miejsca pod szafę. Ten sam los spotkał wyborną kopię z Ary Scheffera i śliczną broń gallo-romańską.
Wreszcie na łóżko Resi, rzucono poduszki oszyte cienką, nicianą koronką i na ciemnem z brudu prześcieradle rozłożono atlasową pąsową kołdrę — jeszcze wyprawną matczyną.
Wreszcie Kundel zatarł ręce i czując się znużony, zasiadł z nogami na sofce, znacząc ślady błota na twarzy Pallady.
— Masz... coś chciała — wyrzekł dobywając z kieszeni fajkę i zapalając ją ze smakiem.
A Resia, leżąc na ziemi, z włosami rozczochranemi, z policzkami rozpalonemi tarzała się wśród makat, dotykając co chwila ręką samowaru i żydowskiego świecznika, który o mało ją nie wprawił w szaleństwo.
— Aj! aj!... takie bogactwa!... — mruczała cmokając.
W trzy tygodnie później, inna odbywała się scena.
Ojciec Dyńdzia, powróciwszy do miasta, z najwyższem przerażeniem dostrzegł spustoszenia poczynione w mieszkaniu. Co więcej — Kundel od chwili powrotu ojca wcale się w domu nie pokazał. Zawezwana telegraficznie matka przyjechała i z pomocą stróża i owych posłańców odkryła miejsce, w którem mieściły się wyniesione z mieszkania przedmioty. Również domyślono się, że tam a nie gdzieindziej kryje się zapewne Kundel, obawiając się skutków swego zuchwalstwa.