Elszykowska powoli zaczęła odzyskiwać równowagę.
— Czego tu chcesz, Jadziu? — spytała niecierpliwie.
— Kucharka pyta, co będzie do herbaty.
Elszykowska zagryzła usta.
— Idę! — wyrzekła przyciszonym głosem.
I skierowała się ku drzwiom w głębi, otworzyła je i znikła, przykładając rękę do rozpalonych policzków, na które wystąpiły purpurowe plamy.
Jadzia patrzyła na oddalającą się matkę i gdy ta znikła poza zamkniętymi drzwiami, wzruszyła ramionami. Zagadkowy uśmiech przesunął się po jej wąskich wargach. Zbliżyła się szybko do wieszadła i w kieszeń paltota wsunęła trzymaną w ręku książkę. Broszura uparcie połamana nie chciała wejść w zbyt ciasny otwór odzieży. Jadzia rozwinęła ją, wyprostowała i na kolanie zwinęła znów ciaśniej, wygładzając zwinięte rogi czerwoną, chudą ręką. Warkocze spadły jej na piersi i wiły się jak złote węże na krwawym tle stanika.
Na żółtej okładce zaczerniły się litery:
„Also sprach der Zarathustra”10.
A nieco niżej: