— Właściwie, po co to pisać i o co im chodzi? U nas żyjemy wszyscy w zgodzie, a każde z nas, rodziców, chętnie i o ile może, przerabia zadania i dopomaga w nauce dzieciom — myślała Tuśka.
— Zapalamy ową lampę... — uśmiechnęła się — zapalamy niemal co dzień: ja nad francuszczyzną Pity, on nad matematyką chłopców...
Powstała od okna, rada, że znalazła jakieś wyjście z koła, w którym niespodziewanie błądzić zaczęła.
— I po co to pisać... młodzieży podsuwać myśli, że jest nie zrozumianą? Takie artykuły oddają najgorszą przysługę rodzicom. Nic więcej.
Przechyliła się przez okno, aby je zamknąć. Z dołu coraz silniej wiała pleśń grobowa zastygającego powoli życia.
— Malaryczne miasto! — wstrząsnęła się Tuśka.
Lecz równocześnie z owym odczuciem dreszczu, czającej się zgniłej febry, coś niepojętego, a zarazem nader silnego, uczepiło się jej ramion.
Była to zgniła, cieplarniana atmosfera utajonej i grzecznością pokrytej niepewności, jaka moralnie owiewała ją, ile razy w Warszawie powracała do „domu” z zamiejskiej wycieczki.
Uczuła, że nigdy nie pojmie obecnego stanu duszy tego miasta, nad którym z czerpakami na rozpiętych skrzydłach czekało odziane w czerń — jego Przeznaczenie.
— A zresztą... po co? — pomyślała zamykając okno.