Pąsowe bluzki z barchanu imitującego welwet wionęły, zaroiły werandę czerwienią i bielą i nagle stanęły. Dostrzegły Tuśkę w oknie chałupy. Zaczęły się jej ciekawie przyglądać.
— Ona wczoraj szła za nami z tą dziewczynką w dużym kapeluszu...
— Aha!... — w białych trzewikach.
— Tak. Pamięta mama: miała nietutejszą suknię i łańcuszek po staremu naokoło bioder.
Pani Warchlakowska zmrużyła oczy.
— Ach! tak... macie rację. To będzie coś z Warszawy.
— Albo z prowincji.
— Nie. To coś z Warszawy. Chodzi po warszawsku.
Wygłosiwszy te słowa, pani Warchlakowska utonęła w obserwowaniu Tuśki.
— Czego ona tak stoi przy tym oknie?