— A może taka, wiesz...

— Ale nie. Przecież szła z córką.

— E!... może to siostra.

— Ta mała to miała pończochy fil d’Ecosse!

— Nieprawda, bo fil de Perse.

— Głupie jesteście... to fil de Juive...

De Palestine!... hi, hi...

„Osoba” tymczasem stoi w oknie, a w umyśle jej dojrzewa projekt. Najlepiej zrobi, jeżeli weźmie i ten pokój dla siebie. Gnieździć się w jednym pokoju, i to od dziedzińca, jakoś nie wypada. Może właśnie dlatego ten aktor tak lekceważąco względem niej postępuje, że ona tak nędznie mieszka. Ba! gdyby miała willę całą, tak jak ta pani z przeciwka, z pewnością szachowałby się inaczej. W pokoju tym właśnie znajduje się werandka. Nieduża, raczej ganek, i to przyczepiona z boku chałupy, ale jest — widać osoby leżące na werandzie z gościńca i można obserwować przechodzących jak z loży.

Będzie to większy wydatek, ale trudno. Tuśka nosi w herbie dewizę każdej warszawianki:

Nikt nie wie, co jem, każdy wie, jak mieszkam.