— Panienka musi się nudzić — mówi radczyni do Pity mierząc śliczne, proste nóżki dziewczynki nieprzychylnym spojrzeniem.
Pita nic nie odpowiada, tylko równie nieprzychylnie kontroluje ręce pani Warchlakowskiej, ubrane pewną ilością pierścionków.
— Nie będę nigdy kładła takich pierścionków, bo to brzydko — kombinuje panna Pita.
Tuśka czuje, że nie należy przeciągać struny.
Żegna się więc i odchodzi do miasta.
Nie wie, dokąd iść w ten upał, i jest zła, że iść musi, ale powiedziała „idąc do miasta” i musi być konsekwentną, tym bardziej że klan Warchlakowskich patrzy na nią i na Pitę z wysokości werandy.
Czuje te spojrzenia przez skórę na swoich piętach i sprawiają jej one bardzo niemiłe wrażenie. Idzie więc w ten upał, ofiara kłamstwa i konwenansu. Łyka kurz, praży się w słońcu, a obok niej ze znudzoną miną wlecze się Pita.
Nie ma nikogo na gościńcu, nawet z werand pouciekano w głąb willi i chałup, nie ma więc dla kogo prostować się, zachowywać linii i roztaczać wdzięki.
XIII
Stosunki willi „Lewkonia” z chałupą Obidowską powoli się normują i układają.