Zabrano się do edukacji dzieci. Były to wprawdzie dziewczęta, ale musiały być odpowiednio kształcone.

Jak widzimy, dom był wzorowy. Na ustach pani Warchlakowskiej ciągle się słyszało: „higiena i poczucie moralności”. Ukochała sobie te słowa i mówiła, że jest to jej wyznanie wiary. Była to więc dama nie powszednia, energiczna i mająca poczucie obowiązku. Tuśka w pierwszej chwili została olśniona i przygnieciona tą wyższością pani z willi „Lewkonii”.

Ani kamienicy o pięćdziesięciu oknach frontu, ani lokatorów, ani stróża, ani podatków, ani asekuracji męża, ani jego posiedzeń radcowskich, ani sług co tydzień zmienianych, ani kąpieli sobotnich w domu w jednej wodzie kolejno panienek dla higieny — nic nie mogła ze swego repertuaru wyliczyć.

Pozwoliła pani Warchlakowskiej rozlać przed sobą cały zasób swej możności, inteligencji i poczucia moralności, nie hazardując ze swej strony wiele.

Aż gdy dama w welwetach umilkła wyczerpana i wyczekująco face a main ku Tuśce zwróciła, Tuśka uczuła, iż teraz przychodzi kolej wywnętrznić swoje credo i odkryć karty, którymi w życiu ona zagrywa.

Lecz ogarnęła ją chęć wywyższania się jeszcze ponad panią Warchlakowską i z wielkim taktem i ostrożnie rozpoczęła wspaniałą serię kłamstw, którą roztaczała powoli jak wachlarz, zasłaniając nim prawdę swego mizernego życia.

— Mój Boże!... tak, jeżeli nie najęła willi, to przede wszystkim dlatego, że bała się mieszkać w niej sama tylko z córeczką. Służby nie brała, bo była wyczerpana prowadzeniem ogromnego domu i chciała trochę odpocząć... Bo jeżeli kobieta pojmuje swoje obowiązki na serio, to trud jej nie jest mały, i ci, którzy mówią, że kobiety mają łatwiejszą część w życiu, mylą się zupełnie.

Lecz tu pani Warchlakowska podniosła protest:

— O, nie — ona, pani Warchlakowska, umie ocenić trudy i starania męża, który umiał przyrobić tyle fortuny i zajął takie w mieście stanowisko, że dziś liczy się z nim nie tylko całe miasto, sala ratuszowa, prezydent — więc i inne rozmaite figury, ale i ona, własna żona. Bo choć nikt nie jest prorokiem w swym kraju, a głównie mąż we własnej rodzinie, to ona przecież uznaje w panu Warchlakowskim owego proroka i idzie dokładnie linią, którą jej zakreślił.

— Nie tylko nie wbiję w ścianę jednego więcej gwoździa bez jego aprobaty, ale chodzę zawsze tymi ulicami, które on mi wskaże, bo on wie najlepiej, co i jak się robi w życiu.