Tuśka mętnymi oczyma patrzy na ten ruch, na słońce, które już strzela tylko ostatnimi promieniami, na te grupy zapóźnionych turystów, wybiegających co chwila z gardzieli, wiodącej od podjazdu ku Morskiemu Oku.

Jak sala cyrkowa, tak ukryło się to „Morskie” — kurytarzem wąskim do niego piąć się trzeba lub schodzić od niego jakby po ukończonym widowisku scenicznym.

Tuśka ma oczy pełne szafirowozielonej, drżącej wody, bezustannie srebrną siatką, biegnącą błyskotliwie ku brzegom. Nie widzi już teraz nic prócz tej siatki, tej lśniącej łuski, podobnej do grzbietów jakichś dziwnej piękności ryb igrających pod powierzchnią wody. I jeszcze pozostały jej w pamięci limby — ciche, spokojne jakieś, arystokratyczne i eleganckie. Poza tym nie wie nic. Przytłoczyła ją masa wrażeń i oczy Porzyckiego tak uparcie w nią przez całą drogę wpatrzone...

Teraz z uczuciem ulgi myśli, iż odpocznie noc całą i nie będzie potrzebowała wracać natychmiast.

Na werandzie powoli zapanowała cisza. Pojazdy odjechały jeden za drugim.

Jakieś dwie grupy osób nocują i już zabierają się do spoczynku. Są to piesi turyści i widać, że są nadzwyczaj zmęczeni. Nie nadrabiają nawet miną.

Jeden z nich usiadł bez ceremonii na ławeczce przed restauracją, wyciągnął nogi i klnie zapamiętale:

— A niech mnie diabli!... a niech mnie diabli!...

Jakaś panna drobna i szczupła, w męskiej dżokejce i granatowej bluzce, przedrzeźnia go powtarzając:

— A niech mnie diabli!...