— Ja... nie chcę... żeby pan grał z tą panią!
Porzycki podnosi głowę. Przez chwilę patrzy w jej oczy. Odczytują się wzajemnie. Ogarnia ją nerwowe drżenie. On ogląda się na drzwi. Ona instynktownie cofa się ku drzwiom werandy.
— Nie chcę! — powtarza raz jeszcze, tracąc panowanie nad sobą.
— Dlaczego? — pyta Porzycki machinalnie, ale pyta jedynie dlatego, aby nie było milczenia. Jest bowiem przy niej i w fałdach szala rąk jej szuka.
— Nie chcę!...
Tuśka nie może wymówić nic więcej, tak bardzo jest wzruszona. Łzy jej zaczynają napływać do oczu i drżą na rzęsach jak krople rosy. Jego usta drżą znów pragnieniem, aby te łzy wypić. Ona to czuje i ostatnim wysiłkiem otwiera drzwi od werandy.
— Nie chcę!... — rzuca jeszcze i wybiega na werandę, zatrzaskując drzwi za sobą.
Zimna fala deszczu uderza jej w twarz i opływa ją strugą lodowatą. Wicher kręci jej suknie i pled rozwiewa. Słota pastwi się nad nią, ale jednocześnie przyprowadza ją do przytomności.
On uchyla drzwi:
— Proszę wrócić... Pani zachoruje...