Dokoła niej wszystko przypominało jej ubiegłe wieczory spędzone z Porzyckim: nie dojedzone ciastka złożone były na oknie, na talerzyku pachniały poziomki, woń szpilkowa przepełniała powietrze. Farby Pity leżały rozrzucone na stole... Wszystko przypominało na każdym kroku tego człowieka, który tak niebacznie założył tu swój miły cichy „dom” i teraz odszedł, nie obejrzawszy się nawet za nią.

— Ile on musiał już mieć takich gniazd — myślała Tuśka z goryczą. — Ile!...

— Po co on tu do mnie przyszedł... po co?... — dodała w duszy — teraz mi będzie strasznie...

Myślą pobiegła w dawne swe życie.

Wydało się jej straszne, jałowe, bez jaśniejszego promienia, bez ciepła, bez światła.

— Gdyby nie on, byłoby mi wystarczyło!...

Zmarszczyła brwi, zacięła usta z uporem.

— Musi wystarczyć! — pomyślała.

— Musi!...

Prawie już czarno było w pokoju.