— Mam męża, dzieci, muszę myśleć o nich... Tylko o nich... to jedno mi wolno. Nic więcej. Jeśli myślę jeszcze o kimś, popełniam grzech! grzech! grzech!...

To słowo rozkrzyczało się w niej jak nagle zbudzony upiór.

— Grzech!... grzech!...

Z ciemni zdawały się ku niej pełzać gadziny z kłębami śliny w pyskach. Te płazy podkradały się ku niej wolno i cicho. Jeden z nich miał długie, oślizgłe łapy, zakończone jakby wachlarzami palców. Po ziemi wlókł całe masy wymion o zielonych, zgniłych refleksach.

— Grzech!... grzech!...

Przez umysł Tuśki przewijać się zaczynają całe masy obrazów, jej dzieci milczące i ciche, w szkolnej odzieży, ukryte za palmami, mąż tak chudy i nędzny, że serce ściska się na jego widok, konfesjonały pełne księży surowych i smutno spoza kratek patrzących, zamknięte wrota kościołów, noce długie, bezsenne, w czasie których włosy mokre od łez wężem po poduszkach się wiją...

— Grzech!... grzech!...

Wicher łopoce w okna, wstrząsa chałupą, zda się, zedrze lada chwila dach i odsłoni izbę na to, aby w nią biły lodowate strugi i siekły czarnymi rózgami z monotonią piekielną. I wtedy nic już nie osłoni Tuśki, nic nie osłoni Pity, nie będzie się gdzie schować ze swymi myślami, ze smutkiem, z bólem i rozpaczą wyjącego w duszy smutku.

Tuśka ogląda się po tej izbie, która od niedawna stała się dla niej jakby straszną pułapką, w której utopiła spokój swej duszy.

Izba ta jest pełna świata innego, nie tego, który powinien być jej światem, lecz tego, który tu się wkradł podstępnie...