Nastąpiła chwila ciszy.

Widocznie góral coś sobie rozważał, kalkulował, rozliczał w tej króciuchnej chwili.

Oczyma się obaj zwarli, książę chłodny i stalowy wzrok utkwił w migocące i przyczajone ślepki górala.

I nagle Wojtek poskoczył, pochylił się, wionęła cuka biała jak śnieg na Wysokiej i pokryła przez sekundę księcia.

Wojtek pocałował długą, białą, książęcą twarz, która stała się jeszcze bledsza, a jasne rzęsy pokryły stalowe źrenice, które cofnęły się w głąb jakby olśnione.

Publiczność zaszemrała, ucieszona tym faktem, jakby wybornym rozwiązaniem sceny, której głąb uszedł jej zupełnie, a pozostała zrozumianą tylko farsowa strona akcji.

Książę wstał, pchnął stolik i zwrócił się do towarzyszów, którzy dość apatycznie patrzyli na to całe zajście.

— Chodźmy!...

Ale Gąsiennica w lot wyczuł, iż teraz książę został przez niego okryty śmiesznością. Wiedział także, iż stosunek jego z książęcą drużyną jest zerwany bezpowrotnie, więc zapragnął wyzyskać daną chwilę na swoją korzyść jak największą.

— A, panie ksiązęciu! — zawołał w ślad za odchodzącym — fstręt ik zebrał? Coz to, gębusia moja nie taka jak wasa? Zaraźliwa je, cy co? Coz to? Ja ciarapara? hej!...