Do stołu się zbliżyła.
— Lichtarz mi popsuła, o!... świeca się wtopiła, niech ją choroba ciśnie!...
Na stole stał lichtarz mosiężny, cały zielony, ze stearyną świecy szeroko po brzegach rozlaną. Widocznie samobójczyni pozostawiła na stole płonącą świecę. Przepalony sznur, którego druga połowa posłużyła za śmiertelny stryczek, należał kiedyś do szlafroka lub bluzki. Na blasze przed piecem walały się popalone kawałki listów i papierów.
— Marciński! Co ona jadła? — spytała nagle Żydówka.
— Kawę; co dzień dwie szklanki jej nosiłem!
— I bułki?
— A jakże!...
— Ny, co ja tera pocznę, kto mi za tę kawę zapłaci?
W kącie ciemnym dostrzegła małą skrzynkę.
— Może tam co jest. Niech Marciński posunie!