Ona wzruszyła ramionami.
— Nie wiem, kiedy się wyrwę, niełatwo to przychodzi...
On wstrzymywał ją jeszcze, obejmując miłosną pieszczotą.
— O, ale... niedługo!
Kobieta spojrzała mu znów w oczy.
Zielone błyski strzeliły spod jasnych rzęs...
— Szaleńcze! — wyszeptała zdławionym od wzruszenia głosem — czyż ja mogę istnieć, nie widząc cię dni kilka?...
A do progu już zwrócona, dodała pieszczotliwie:
— Kochaj twoją... Żabusię!...
Portiera11 zapadła, kobieta znikła pozostawiając po sobie całą smugę płomiennej namiętności drgającej w powietrzu.