Puls, Woyzeck! Mały, ostry, urywany...

WOYZECK

Panie kapitanie! Czasem ziemia jest komuś gorąca jak piekło — mróz, mróz — załóżmy się, że w piekle jest mróz... To niemożliwe! Ludzie, ludzie! To niemożliwe!

KAPITAN

Ośle, cóż to, czy on chce się zastrzelić? Gotów mnie jeszcze przebić wzrokiem! Ja chcę dobrze dla niego, bo on jest dobry człowiek. Woyzeck dobry człowiek!

DOKTOR

Muskuły twarzy stężałe, napięte, chwilami drgające. Podniecony, wzburzony.

WOYZECK

Idę — wszystko możliwe! Człowiek — wszystko możliwe! Ładna pogoda, panie kapitanie. Niech pan spojrzy, ładne, mocne, szare niebo; miałoby się gdzie wbić kołek i obwiesić na nim. Przynajmniej wiedziałby człowiek, czego się trzyma! Tak i znowu „tak” — i „nie”. „Tak” czy „nie”, panie kapitanie? Czy „nie” ponosi winę za „tak”, czy „tak” za „nie”? Zastanowię się nad tym.

Odchodzi dużymi krokami, najpierw powoli, potem coraz szybciej.