— Leżąc tu — powiedział O’Brien — zastanawiasz się często, pytałeś mnie o to zresztą, dlaczego Ministerstwo Miłości poświęca ci tyle czasu i uwagi. Na wolności intrygowała cię zasadniczo ta sama kwestia. Rozumiałeś zasady funkcjonowania społeczeństwa, w którym żyłeś, ale nie rozumiałeś motywów. Pamiętasz, jak napisałeś w swoim dzienniku: „Rozumiem jak, nie rozumiem dlaczego”? Zastanawiając się „dlaczego”, powątpiewałeś we własne zdrowie psychiczne. Przeczytałeś tę książkę, książkę Goldsteina, a w każdym razie niektóre jej fragmenty. Czy dowiedziałeś się z niej czegokolwiek, czego nie wiedziałeś wcześniej?
— Czytaliście ją? — spytał Winston.
— Napisałem ją. Ściślej rzecz biorąc, uczestniczyłem w jej powstawaniu. Jak dobrze wiesz, każda książka ma wielu autorów.
— Czy to, co w niej napisano, jest prawdą?
— Jako opis, tak. Ale przedstawiony tam program jest absurdalny. Tajemna akumulacja wiedzy, stopniowe rozprzestrzenianie się oświecenia, wreszcie bunt proletariatu i obalenie Partii. Sam przewidziałeś, że właśnie to będzie tam napisane. To czysty nonsens. Proletariat nigdy się nie zbuntuje, ani za tysiąc lat, ani za milion. Nie mogą. Nie muszę tłumaczyć ci dlaczego; sam to rozumiesz. Jeśli miewałeś mrzonki na temat powstania zbrojnego, porzuć je od razu. Nie ma sposobu na obalenie Partii. Partia rządzi na zawsze. Niech to stanie się punktem wyjścia dla twoich rozmyślań.
O’Brien podszedł bliżej do łóżka.
— Partia rządzi na zawsze! — powtórzył. — A teraz powróćmy do pytań o „jak” i „dlaczego”. Wystarczająco dobrze rozumiesz, w jaki sposób Partia utrzymuje się przy władzy. Wyjaśnij mi zatem, dlaczego zależy nam na utrzymaniu władzy. Co nam przyświeca? Dlaczego chcemy rządzić? — Winston nie odpowiedział. — Dalej, mów! — nakazał mu O’Brien.
Upłynęło jeszcze parę chwil, zanim więzień się odezwał. Ogarnęło go potworne zmęczenie. Entuzjastyczne szaleństwo ponownie zamajaczyło w oczach O’Briena. Z góry było wiadomo, co powie: „Partia nie pragnie władzy dla niej samej, tylko dla dobra większości. Chce władzy, bo większość ludzi to kruche, tchórzliwe istoty, niezdolne do konfrontacji z wolnością czy prawdą. Dlatego lepiej dla nich, jeśli rządzą nimi silniejsi, którzy ich systematycznie oszukują. Człowiek ma wybór: wolność lub szczęście, a dla ogromnej większości ludzi szczęście jest ważniejsze. Partia jest wiekuistą opiekunką słabych; przypomina żarliwą sektę, czyniącą zło, aby wynikło z niego dobro, poświęcającą dla innych własne szczęście”. Najstraszniejsze — myślał Winston — najstraszniejsze jest to, że gdy O’Brien mówi te rzeczy, naprawdę w nie wierzy. Ma to wypisane na twarzy. O’Brien o wszystkim wiedział. Tysiąc razy lepiej od Winstona zdawał sobie sprawę, jak naprawdę wygląda świat, w jakiej nędzy żyje większość ludzi, do jakich kłamstw, do jakiego barbarzyństwa ucieka się Partia, aby ich w tym stanie utrzymać. Wszystko zrozumiał, wszystko rozważył i nie robiło to żadnej różnicy — ostatecznie cel uświęcał środki. Co można zdziałać, zastanawiał się Winston, w obliczu poczynań szaleńca, który jest od ciebie inteligentniejszy i uważnie słucha twoich argumentów, a mimo to nadal trwa w swoim szaleństwie?
— Rządzicie nami dla naszego dobra — zaczął bez przekonania. — Uważacie, że ludzie nie są w stanie sami sobą sterować, więc...
Poderwał się i o mało nie krzyknął. Ból przeszył jego ciało. O’Brien przesunął wskaźnik na trzydzieści pięć.