— Spójrz, w jakim jesteś stanie! — zawołał. — Popatrz na ten wstrętny, oblepiający cię syf. Popatrz na brud między palcami u stóp. Na ohydną, jątrzącą się ranę na nodze. Zdajesz sobie sprawę, że cuchniesz jak kozioł? Pewnie już tego nawet nie czujesz. Zobacz, jaki jesteś wychudzony. Widzisz? Mogę twój biceps objąć dwoma palcami. Mógłbym złamać ci kark jak gałązkę. Odkąd wpadłeś w nasze ręce, straciłeś dwadzieścia pięć kilo. Włosy wychodzą ci garściami. Tylko popatrz! — Szarpnął Winstona za czuprynę, parę kosmyków zostało mu w ręku. — Otwórz usta. Masz dziewięć, dziesięć, jedenaście zębów. Ile ich było, kiedy cię tu przywieźliśmy? A te, które ci jeszcze zostały, też już prawie wypadają. Popatrz!

Złapał jeden z tkwiących jeszcze w szczęce przednich zębów między swój kciuk i palec wskazujący. Winston poczuł przeszywający ból. O’Brien wyrwał ząb z korzeniami i rzucił go na podłogę celi.

— Gnijesz — powiedział. — Rozpadasz się na kawałki. Czym jesteś? Workiem obrzydliwości. Teraz odwróć się i ponownie spójrz w lustro. Widzisz tę rzecz, która na ciebie z niego spogląda? Oto ostatni człowiek. Jeśli jesteś człowiekiem, oto ludzkość. A teraz ubierz się.

Winston zaczął ubierać się powolnymi, sztywnymi ruchami. Aż do tego momentu nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo schudł i osłabł. Prześladowała go tylko jedna myśl — musiał tu spędzić o wiele więcej czasu, niż mu się zdawało. Naraz, kiedy owijał się w nędzne łachmany, zrobiło mu się straszliwie żal własnego zrujnowanego ciała. Opadł bezwiednie na stołek przy łóżku i wybuchnął płaczem. Zdawał sobie sprawę, jak okropnie wygląda w ostrym oświetleniu — żałośnie szlochający worek kości, zawinięty w cuchnące szmaty — ale nie mógł przestać łkać. O’Brien, niemal przyjaznym gestem, położył mu rękę na ramieniu.

— To nie będzie trwać wiecznie — powiedział. — Możesz od tego uciec, kiedy tylko zechcesz. Wszystko zależy od ciebie.

— Wy to zrobiliście — szlochał Winston. — Wy doprowadziliście mnie do tego stanu.

— Nie, Winstonie, sam to sobie zrobiłeś. Zdecydowałeś się na to, kiedy zwróciłeś się przeciwko Partii. Wszystko zawierało się w pierwszym akcie nieposłuszeństwa. Nie wydarzyło się nic, czego nie mógłbyś przewidzieć.

Przerwał, a po chwili ciągnął dalej:

— Biliśmy cię, Winstonie. Złamaliśmy cię. Zobaczyłeś, jak wygląda twoje ciało. Twój umysł jest w takim samym stanie. Nie sądzę, żebyś miał jeszcze choć odrobinę godności. Kopano cię, chłostano i lżono, krzyczałeś z bólu, wiłeś się po podłodze we własnych wymiotach i krwi. Błagałeś o litość, wszystkich i wszystko zdradziłeś. Przychodzi ci do głowy choć jedno poniżenie, którego nie doświadczyłeś?

Winston przestał płakać, choć z jego oczu nadal toczyły się łzy. Popatrzył na O’Briena.