Dostał też białą tabliczkę z przywiązanym do rogu ogryzkiem ołówka. Z początku jej nie używał. Nawet kiedy nie spał, czuł się całkowicie odrętwiały. Między posiłkami przeważnie leżał bez ruchu, drzemiąc lub oddając się niezbornym rozmyślaniom z zamkniętymi oczami. Dawno już przywykł do spania przy padającym na twarz ostrym świetle. Nie robiło mu to różnicy, co najwyżej sny stawały się bardziej spójne. Przez cały czas bardzo dużo śnił i przeważnie były to sny szczęśliwe. Znajdował się w Złotej Krainie albo siedział pośród jakichś potężnych, zjawiskowych, zalanych słońcem ruin — z matką, z Julią, z O’Brienem — nic nie robiąc, po prostu chłonąc słońce i gawędząc o zwyczajnych rzeczach. Także myśli, które miewał na jawie, dotyczyły głównie snów. Z chwilą, gdy znikł bodziec w postaci bólu, Winston stracił zdolność do podejmowania wysiłku intelektualnego. Nie nudziło mu się, nie pragnął rozmowy ani rozrywki. Chciał tylko być sam, bez bicia i przepytywania, mieć co jeść, móc się umyć — to mu całkowicie wystarczało.
Stopniowo spał coraz mniej, wciąż jednak nie czuł potrzeby, żeby wstawać z łóżka. Zależało mu tylko na tym, aby leżeć w spokoju i czuć, jak ciało nabiera sił. Od czasu do czasu dotykał różnych jego części, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że to nie złudzenie, mięśnie zaokrąglają się, a skóra staje się bardziej napięta. W końcu nabrał pewności — tak, przybierał na wadze, uda miał już zdecydowanie grubsze od kolan. Od tego momentu zaczął regularnie ćwiczyć. Początkowo z trudem. Wkrótce jednak mógł przejść trzy kilometry, spacerując w kółko po celi, a zgarbione ramiona zaczęły się prostować. Kiedy spróbował trudniejszych ćwiczeń, odkrył ze zdumieniem i upokorzeniem, że wiele banalnych czynności przekracza jego możliwości. Nie dawał rady przyspieszyć kroku czy przytrzymać stołka w wyciągniętej ręce; kiedy próbował stanąć na jednej nodze, przewracał się. Przykucnął na piętach, ale potem ledwo się podniósł, czując rwący ból w udach i łydkach. Położył się płasko na brzuchu i chciał unieść ciężar ciała na rękach, lecz poległ sromotnie — nie oderwał się nawet od ziemi. Jednak po kolejnych kilku dniach i po kolejnych posiłkach dokonał również i tego. Wreszcie udało mu się zrobić sześć pompek z rzędu. Zaczął odczuwać autentyczną dumę ze swego ciała, a chwilami miał nadzieję, że także jego twarz odzyskuje swój normalny wygląd. Dopiero kiedy przypadkiem dotknął ręką gołej czaszki, przypomniało mu się spoglądające z lustra, wyniszczone oblicze kościotrupa.
Również jego umysł stał się bardziej aktywny. Winston przysiadał na łóżku, opierając się plecami o ścianę, kładł sobie na kolanach tabliczkę i całkiem świadomie przystępował do reedukacji.
Skapitulował, to było jasne. W rzeczywistości — teraz to widział — był gotów do zaprzestania walki na długo przed tym, zanim podjął tę decyzję, w momencie gdy przyprowadzono go do Ministerstwa Miłości, a nawet wcześniej. Już w czasie tamtych kilku minut, kiedy stali z Julią bezbronni wobec żelaznego głosu z teleekranu, dyktującego im, co mają robić, już wtedy dotarło do niego, jak lekkomyślna i naiwna była jego próba buntu przeciwko Partii. Teraz wiedział, że myślopolicja obserwowała go przez siedem lat jak żuka przez lupę. Żaden jego czyn, żadne słowo nie umknęło ich uwadze, umieli odgadnąć treść każdej myśli. Wiedzieli nawet o białym paprochu, pozostawionym na okładce dziennika, i uważnie odkładali go na miejsce. Puszczano mu nagrania, pokazywano fotografie. Były wśród nich jego zdjęcia z Julią. Tak, nawet podczas... Nie mógł już dłużej walczyć przeciwko Partii. Poza tym, Partia miała rację. Musiała mieć rację: czy nieśmiertelny, kolektywny mózg może się mylić? Jakiej zewnętrznej miary trzeba by było użyć do oceny jego sądów? Zdrowie psychiczne to kwestia statystyki. Winston musiał jedynie nauczyć się myśleć tak jak oni. Tylko tyle!
Ołówek wydawał mu się dziwnie gruby, niewygodnie trzymało się go w ręce. Zaczął notować myśli, które przychodziły mu do głowy. Niezdarnymi, wielkimi literami napisał najpierw:
WOLNOŚĆ TO NIEWOLA
I niemal od razu dodał poniżej:
DWA I DWA TO PIĘĆ
W tym momencie coś go powstrzymało. Nie mógł się skoncentrować, jakby jego umysł unikał jakiejś myśli. Czuł, że wie, jak powinno brzmieć następne zdanie, ale chwilowo nie mógł go przywołać. Wreszcie sobie przypomniał, choć fraza nie pojawiła się spontanicznie — musiał w tym celu świadomie zrekonstruować proces myślowy. Napisał:
BÓG TO WŁADZA