— Choć jest gryzoniem — O’Brien nadal zwracał się do niewidzialnej publiczności — szczur lubi mięso. Jesteś tego świadomy. Słyszałeś, co się czasem zdarza w biednych dzielnicach tego miasta. Są ulice, gdzie matki boją się zostawić dziecko samo w domu choćby na krótką chwilę. Szczury z pewnością by je zaatakowały i w okamgnieniu ogryzły mięso do gołych kości. Rzucają się też na chorych i umierających. Umieją zadziwiająco skutecznie rozpoznać, kiedy człowiek jest bezbronny.

Nagle z klatki dobiegły piski. Winston miał wrażenie, że słyszy je z daleka. Szczury walczyły ze sobą, jeden próbował dorwać drugiego przez rozdzielającą je przegrodę. Usłyszał również głośny, rozpaczliwy jęk, który także zdawał się dochodzić z zewnątrz.

O’Brien podniósł klatkę, coś przy niej naciskając. Rozległo się głośne kliknięcie. Winston podjął rozpaczliwą próbę oderwania się od fotela. Całe jego ciało, włącznie z głową, było doskonale unieruchomione. O’Brien przybliżył klatkę. Znajdowała się teraz niecały metr od twarzy Winstona.

— Nacisnąłem pierwszą dźwignię — powiedział O’Brien. — Chyba rozumiesz budowę tej klatki. Maska szczelnie otoczy twoją głowę. Kiedy nacisnę drugą dźwignię, drzwiczki uniosą się i te wygłodniałe bestie wyrwą się do przodu jak wystrzelone z pistoletu. Widziałeś kiedyś skaczącego szczura? Rzucą się na twoją twarz i natychmiast się w nią wgryzą. Czasem najpierw atakują oczy. Niekiedy przegryzają się przez policzek i wyjadają język.

Klatka przybliżała się i zaczynała otaczać głowę Winstona. Usłyszał serię przeszywających jęków, dobiegających jakby z góry. Rozpaczliwie starał się opanować strach. Myśleć, myśleć — nawet jeśli został ułamek sekundy — może jeszcze zdoła się uratować. Nagle dotarł do jego nozdrzy okropny, stęchły odór bestii. Poczuł tak silny spazm mdłości, że o mało nie zemdlał. Zrobiło mu się ciemno przed oczami. Na moment zamienił się w szalone, wyjące zwierzę. Nagle jednak z ciemności wynurzyła się pewna myśl. Istniał tylko jeden sposób, żeby się obronić — musiał oddzielić się od szczurów innym człowiekiem, ciałem innego człowieka.

Wklęsłość maski znajdowała się już tak blisko, że niczego innego spoza niej nie widział. Szerokość dłoni dzieliła druciane drzwiczki od jego twarzy. Szczury rozumiały, co zaraz nastąpi. Jeden podskakiwał, drugi — stary kanalarz o łuszczącym się pysku — opierał się różowymi łapami o druty, węsząc niecierpliwie. Winston dostrzegał już jego wąsy i żółte zęby. Znów pogrążył się w ciemności. Ze strachu czuł się ślepy, bezradny, oszalały.

— Dość popularna kara w cesarskich Chinach — powiedział O’Brien swoim typowym, dydaktycznym tonem.

Maska zamykała się na twarzy Winstona. Drut dotknął jego policzka. I wtedy... Nie, to nie była ulga, tylko nadzieja, iskierka nadziei. Za późno, może już za późno. Nagle jednak zrozumiał, że na całym świecie jest tylko jedna osoba, na którą może zrzucić tę karę — tylko jedno ciało może go oddzielić od szczurów. Zaczął więc krzyczeć jak opętany:

— Zróbcie to Julii! Zróbcie to Julii! — powtarzał w kółko. — Nie mnie, tylko Julii! Wszystko mi jedno, co z nią zrobicie. Niech szczury zjedzą jej twarz, niech ogołocą do kości. Tylko nie róbcie tego mnie! Zróbcie to Julii! Nie mnie!

Spadał do tyłu, w jakąś otchłań bez dna, oddalając się od szczurów. Nadal był przytwierdzony do fotela, mimo to przeleciał przez podłogę, ściany budynku, warstwy skorupy ziemskiej, oceany i atmosferę, aż znalazł się w kosmosie, w przestrzeni międzygwiezdnej — coraz dalej i dalej od szczurów. Oddalił się o lata świetlne, ale O’Brien nadal stał przy nim. Winston wciąż czuł zimny dotyk drutu na policzku. W otaczającej go ciemności usłyszał jednak kolejne metaliczne kliknięcie. I wiedział, że nie oznacza ono otwarcia drzwiczek, tylko ich definitywne zamknięcie.