— Po tym uczucia, którymi ją darzyłeś, gasną. Już nigdy nie będzie między wami tak samo.

— Nie — powiedział. — Już nigdy nie będzie tak samo.

Nie zostało nic więcej do dodania. Wiatr przykleił cienkie kombinezony do ich ciał. Siedzenie w ciszy prawie od razu stało się krępujące; poza tym było za zimno, żeby trwać w bezruchu. Julia powiedziała, że musi złapać metro, i wstała.

— Musimy znowu się spotkać — stwierdził.

— Tak — odparła. — Musimy znowu się spotkać.

Przez pewien czas szedł pół kroku za nią, nie wiedząc, co ma zrobić. Więcej już nie rozmawiali. Nie próbowała go zgubić, szła jednak na tyle szybko, że nie nadążał. Postanowił, że odprowadzi ją do stacji metra, w końcu jednak dreptanie po jej śladach wydało mu się bezcelowe i nieznośne. Opanowało go pragnienie — nie dlatego, że chciał uciec od Julii — żeby znaleźć się znowu Pod Kasztanem. Jeszcze nigdy ten lokal nie wydawał mu się aż tak atrakcyjny. Z nostalgią wyobrażał sobie swój stolik w kącie, z gazetą, szachownicą i niekończącym się strumieniem ginu. Przede wszystkim tam będzie ciepło. Po chwili bezwiednie pozwolił, by oddzieliła ich od siebie grupka ludzi. Jeszcze raz spróbował ją dogonić, ale bez przekonania; następnie zwolnił, odwrócił się i poszedł w przeciwną stronę. Po jakichś pięćdziesięciu krokach spojrzał za siebie. Ulica nie była zatłoczona, mimo to już jej nie wypatrzył. Każda z dziesiątek spieszących się postaci mogła nią być. Jej zgrubiałego, sztywnego ciała nie dało się rozpoznać od tyłu.

„Kiedy to się dzieje, właśnie to masz na myśli”, powiedziała. Właśnie to miał na myśli. Nie wymówił tych słów niechcący, naprawdę taka była wtedy jego intencja. Chciał, żeby to Julię — a nie jego — oddano na pastwę tych...

Zmieniła się płynąca z teleekranu muzyka. Teraz dołączyła jakaś dziwacznie skrzecząca, fałszywa, szydercza nuta, kojarząca się Winstonowi z kolorem żółtym. A potem — choć może nie działo się to naprawdę, może jedynie wróciło wspomnienie — głos z teleekranu zaśpiewał:

Pod ogromnym kasztanem

Sprzedajemy się wzajem...