— To nic takiego — powtórzyła krótko. — Tylko się uderzyłam. Dzięki, towarzyszu!

Po czym odmaszerowała tak energicznie, jakby faktycznie nic się nie stało. Całe zajście nie mogło trwać dłużej niż pół minuty. Kontrolowanie wyrazu twarzy, aby nie zdradzał emocji, było nawykiem, który przeszedł już w odruch; w dodatku scena rozgrywała się na wprost teleekranu, a mimo to Winston z trudem powstrzymał wyraz zdumienia, bo w ciągu tych dwóch czy trzech sekund, kiedy pomagał dziewczynie wstać, wetknęła mu coś do ręki. Nie miał wątpliwości, że zrobiła to celowo. Było to coś małego i płaskiego. Wchodząc do toalety, włożył przedmiot do kieszeni i obadał opuszkami palców. Rozpoznał złożony w kostkę skrawek papieru.

Stojąc nad pisuarem, zdołał samymi ruchami palców rozwinąć karteczkę. Coś tam było z pewnością napisane. Kusiło go, żeby wejść do kabiny i od razu przeczytać. Zdawał sobie jednak sprawę, że byłaby to piramidalna głupota. Gdzie jak gdzie, ale w toalecie z pewnością cały czas obserwowano obraz z teleekranu.

Wrócił do boksu, usiadł, rzucił skrawek między inne papiery, jak gdyby nigdy nic; założył okulary i przyciągnął głosopis. „Pięć minut”, powiedział sobie. „Przynajmniej pięć minut!”. Serce Winstona biło jak oszalałe. Na szczęście praca, którą akurat wykonywał, polegająca na poprawianiu długiej serii liczb, była czysto rutynowa i nie wymagała skupienia.

Był przekonany, że wiadomość zapisana na karteluszku ma znaczenie polityczne. Brał pod uwagę dwie możliwości. Bardziej prawdopodobna to ta, że dziewczyna jest agentką myślopolicji, tak jak się wcześniej obawiał. Nie miał pojęcia, dlaczego myślopolicja zdecydowała się przekazać mu wiadomość akurat w ten sposób, zapewne jednak mieli swoje powody. List mógł zawierać groźbę, wezwanie, nakaz samobójstwa lub też stanowić jakiś rodzaj pułapki. Istniała jednak druga, bardziej szalona opcja, narzucająca się uporczywie, choć próbował ją od siebie odsuwać. Co, jeśli wiadomość wcale nie pochodzi od myślopolicji, tylko od jakiejś organizacji podziemnej? Może Bractwo istnieje? Może dziewczyna do niego należy? Była to bez wątpienia absurdalna myśl, przyszła mu jednak do głowy, kiedy tylko poczuł w dłoni skrawek papieru. Dopiero parę minut później wpadł na inne, bardziej prawdopodobne wytłumaczenie. I nawet teraz, choć rozum przekonywał, że wiadomość zapewne oznacza śmierć, nadal do końca w to nie wierzył. Pobudzone irracjonalną nadzieją serce biło mu tak mocno, że z trudem powstrzymywał drżenie głosu, dyktując liczby do urządzenia.

Zwinął papiery ze skończoną pracą i wsunął je do tuby pneumatycznej. Minęło osiem minut. Poprawił okulary na nosie, westchnął i przysunął sobie kolejną porcję roboty — skrawek papieru leżał na samej górze. Wygładził go. Dużym, nieporadnym pismem napisano na nim słowa:

„Kocham cię”.

Przez parę sekund był tak zszokowany, że nawet nie wrzucił kompromitującego świstka do szczeliny pamięci. Zanim to zrobił, przeczytał tekst jeszcze raz, choć dobrze wiedział, że okazując zbyt wielkie zainteresowanie, narażał się na niebezpieczeństwo. Chciał po prostu upewnić się, że te słowa naprawdę tam są.

Przez resztę poranka trudno mu było pracować. Gorsze od konieczności skupienia się na paru szczegółowych zadaniach było to, że musiał ukrywać emocje przed teleekranem. Miał wrażenie, że od środka trawi go ogień. Obiad w gorącej, zatłoczonej i hałaśliwej stołówce był prawdziwą udręką. Winston liczył, że podczas przerwy choć na moment zostanie sam, ale pech chciał, że rozsiadł się obok niego ten imbecyl Parsons, niemal wypierając słaby zapach gulaszu odorem swojego potu. Trajkotał o przygotowaniach do Tygodnia Nienawiści — jego szczególny entuzjazm wzbudzała szeroka na dwa metry kopia głowy Wielkiego Brata z papier mâché,54 przygotowywana na tę okazję przez zastęp Szpiegów, do którego należała jego córka. Najbardziej irytujące było to, że w ogólnym gwarze Winston prawie nie słyszał Parsonsa i co chwila musiał prosić o powtórzenie tej czy innej durnoty. Tylko raz kątem oka zerknął na dziewczynę, która siedziała z dwiema innymi młodymi kobietami po drugiej stronie stołówki. Sprawiała wrażenie, jakby go nie widziała. Nie spojrzał już więcej w jej kierunku.

Popołudnie było znośniejsze. Zaraz po obiedzie dostał trudne, delikatne zadanie, wymagające odłożenia innych spraw na kilka godzin. Musiał sfałszować serię sprawozdań produkcyjnych sprzed dwóch lat tak, aby zdyskredytować pewnego prominentnego członka Wewnętrznej Partii, nad którym obecnie zbierały się czarne chmury. Winston był w tym bardzo dobry i na jakieś dwie godziny udało mu się całkowicie wyrzucić dziewczynę z głowy. Potem jednak powróciło wspomnienie jej twarzy, a wraz z nim — palące, nieznośne pragnienie, by zostać samemu. Dopiero w samotności mógłby sobie przemyśleć całą sytuację. Jednak tamtego wieczora wypadały zajęcia w Osiedlowym Domu Kultury. Pochłonął kolejny mdły posiłek w stołówce, pobiegł do ODK-u, wziął udział w ponurej błazenadzie „grupy dyskusyjnej”, rozegrał dwie partie ping-ponga, wypił kilka szklanek ginu i przesiedział pół godziny na wykładzie pod tytułem „Angsoc a szachy”. W środku skręcał się z nudów, tym razem jednak nie kusiło go, żeby się zerwać. Na widok słów „Kocham cię” wezbrało w nim pragnienie życia, zatem podejmowanie nawet niewielkiego ryzyka nagle wydało mu się głupie. Dopiero o dwudziestej trzeciej, kiedy wrócił do domu i położył się do łóżka — w ciemności, dającej schronienie przed teleekranem, o ile zachowywało się milczenie — mógł spokojnie pomyśleć.