Ulicą przesuwała się powoli długa kolumna ciężarówek; uzbrojeni w pistolety maszynowe strażnicy o drewnianych twarzach stali na baczność w rogach platform, zaś między nimi siedzieli w kucki drobni, żółci ludzie w lichych, zielonych mundurach. Ich smutne twarze o mongolskich rysach wyglądały przez boki pojazdów bez krzty zaciekawienia. Od czasu do czasu, gdy któryś furgon podskoczył na wyboju, rozlegał się brzęk metalu: stłoczeni więźniowie mieli skute nogi. Ciężarówka za ciężarówką przesuwały się ładunki ponurych twarzy. Winston patrzył na nich, ale dostrzegał ich tylko chwilami. Ramię dziewczyny przyciskało się do jego ramienia. Była tak blisko, że wyczuwał ciepło jej policzka. Natychmiast przejęła kontrolę nad sytuacją — jak wtedy w stołówce. Odezwała się takim samym, bezbarwnym głosem, niemal nie poruszając ustami. Był to właściwie szept, z łatwością tonący w ludzkim gwarze i warkocie silników.

— Słyszysz mnie?

— Tak.

— Możesz wziąć wolne w niedzielę?

— Tak.

— To słuchaj uważnie. Musisz to zapamiętać. Idź na stację Paddington56...

Z niemal żołnierską precyzją, która go zaskoczyła, wytyczyła trasę, którą miał pokonać. Pół godziny pociągiem, po wyjściu ze stacji w lewo; dwa kilometry drogą do bramy z brakującą górną zasuwą, dalej dróżką przez pole do trawiastej łąki, potem ścieżką między krzakami do martwego drzewa otulonego mchem. Zupełnie jakby miała mapę w głowie.

— Dasz radę zapamiętać? — spytała w końcu.

— Tak.

— Skręcasz w lewo, potem w prawo, potem znowu w lewo. Brama bez górnej zasuwy.