— Prawdziwa herbata, nie jeżynowe liście.
— Ostatnio pojawiło się dużo herbaty. Chyba podbili Indie albo coś w tym rodzaju. Ale, kochany, odwróć się na trzy minuty. Usiądź sobie po drugiej stronie łóżka. Nie podchodź do okna. I nie odwracaj się, póki ci nie powiem.
Winston gapił się bezmyślnie w przesłoniętą firanką szybę. W dole kobieta o purpurowych ramionach nadal krzątała się między balią a sznurem do wieszania bielizny. Wyjęła z ust jeszcze dwie klamerki i zaśpiewała z przejęciem:
Mówią, że czas wszystko leczy,
Że wszystko przyjdzie zapomnieć,
Lecz lata uśmiechów i łez
W mych uszach będą trwać wiecznie!
Najwyraźniej całą tę szmirowatą piosenkę znała na pamięć. Jej głos unosił się wraz z balsamicznym, letnim powietrzem, bardzo dźwięczny, naładowany jakąś pogodną melancholią. Miało się wrażenie, że mogłaby wieszać to swoje pranie przez następne tysiąc lat, że byłaby szczęśliwa, przypinając do sznura kolejne pieluchy i wyśpiewując głupoty, gdyby tylko ten czerwcowy wieczór chciał trwać i trwać. Winstona uderzyła myśl, że nigdy nie słyszał członka Partii śpiewającego spontanicznie, w pojedynkę. Byłoby to wręcz niepoprawne, stanowiłoby przejaw niebezpiecznego dziwactwa, jak mówienie do samego siebie. Może tylko skrajnie ubodzy ludzie odczuwali potrzebę śpiewu.
— Już możesz patrzeć — powiedziała Julia.
Spojrzał na nią, ale przez moment prawie jej nie poznał. Spodziewał się, że zobaczy ją rozebraną, jednak nie była naga. Przemiana, która w niej zaszła, była o wiele bardziej uderzająca: umalowała się.