Podniósł się powoli i podszedł do nich, stąpając bezgłośnie po dywanie. Kiedy skończył dyktować, atmosfera stała się nieco mniej oficjalna, jednak wyraz jego twarzy był poważniejszy niż zazwyczaj, jakby nie podobało mu się, że ktoś go rozprasza. Do strachu, którym Winston był przepełniony, doszło teraz zwykłe zażenowanie. Naraz wydało mu się całkiem prawdopodobne, że po prostu popełnił głupi błąd. Jakie miał w istocie dowody, że O’Brien brał udział w jakiejś konspiracji? Żadnych, poza błyskiem w oku i jedną dwuznaczną wypowiedzią; opierał się jedynie na swoich sekretnych fantazjach, wywiedzionych ze snu. Nie mógł nawet posłużyć się pretekstem, że wstąpił, żeby pożyczyć słownik, bo jak w takim razie wytłumaczyć obecność Julii? Mijając teleekran, O’Brien nagle jakby o czymś sobie przypomniał. Zatrzymał się, obrócił się do ściany i wcisnął przycisk. Rozległ się głośny trzask. Głos zamilkł.

Julia pisnęła cichutko ze zdumienia. Pomimo odczuwanej trwogi, Winston nie zdołał utrzymać języka na wodzy.

— Możecie wyłączyć teleekran!

— Tak — powiedział O’Brien — możemy. Mamy taki przywilej.

Stał teraz naprzeciwko Winstona i Julii. Jego mocna sylwetka górowała nad nimi, nadal miał nieprzenikniony wyraz twarzy. Wpatrywał się w Winstona raczej surowo, jakby czekał, aż ten zacznie mówić; ale o czym? Teraz wydawało się całkiem możliwe, że O’Brien był po prostu bardzo zajętym człowiekiem, którego zirytował fakt, że przerwano mu pracę. Wszyscy milczeli. Po wyłączeniu teleekranu w pokoju zrobił się cicho jak w grobie. Sekundy wlokły się niemiłosiernie. Winston z trudem wytrzymywał spojrzenie O’Briena. Nagle na ponurej twarzy pojawiło się coś, co można było uznać za zapowiedź uśmiechu. O’Brien poprawił okulary swoim charakterystycznym gestem.

— Ja mam to powiedzieć czy któreś z was się odezwie?

— Ja powiem — odparł Winston bez wahania. — To naprawdę jest wyłączone?

— Tak, wszystko jest wyłączone. Jesteśmy sami.

— Przyszliśmy tu, bo...

Przerwał, dopiero teraz uświadamiając sobie, jak bardzo niejasną kierował się motywacją. Nie wiedział, jakiego rodzaju pomocy oczekuje od O’Briena, toteż niełatwo mu było wyartykułować, po co przyszedł. Zdając sobie sprawę, że jego słowa muszą brzmieć nieprzekonywająco i pretensjonalnie, ciągnął dalej: