Wrócili do tego wątku dopiero po pół godzinie spędzonej w łóżku. Zrobiło się akurat na tyle chłodno, żeby przykryć się kapą. Z dołu dochodził znajomy śpiew i szuranie butów o bruk. Krzepka kobieta o czerwonych ramionach, którą Winston zobaczył podczas swojej pierwszej wizyty, stanowiła niezmienny element scenografii podwórka. Nie było chyba takiej godziny w ciągu dnia, żeby nie kursowała między balią a sznurem, z ustami na zmianę pełnymi klamerek do bielizny i zmysłowej piosenki. Julia ułożyła się na boku i zdawało się, że zaraz zaśnie. Winston sięgnął po leżącą na podłodze książkę i wsparł się o wezgłowie.

— Musimy ją przeczytać — powiedział. — Ty też. Wszyscy członkowie Bractwa są do tego zobligowani.

— Ty przeczytaj — odparła z zamkniętymi oczami. — Przeczytaj mi na głos, tak będzie najlepiej. Możesz po drodze wyjaśniać mi różne kwestie.

Zegar wskazywał szóstą, była więc osiemnasta. Mieli przed sobą trzy lub cztery godziny. Oparł książkę o kolana i zaczął czytać:

Rozdział 1. IGNORANCJA TO SIŁA

Od początku czasów historycznych, a prawdopodobnie już od końca neolitu, żyły na świecie trzy warstwy ludzi: wyższa, średnia i niższa. Dzielono je na podgrupy, którym nadawano najrozmaitsze nazwy. Zarówno proporcje ilościowe, jak i stosunki pomiędzy warstwami, zmieniały się na przestrzeni kolejnych epok, jednak zasadnicza struktura społeczeństwa pozostawała taka sama. Z najpotężniejszych wstrząsów i na pozór nieodwracalnych zmian wyłaniał się w końcu — zawsze ten sam — podstawowy porządek, podobnie jak żyroskop stale wraca do swojego pierwotnego położenia, niezależnie od tego, jak bardzo wychyli się w jedną czy drugą stronę.

— Nie śpisz, Julio? — spytał Winston.

— Nie, kochany, słucham. Czytaj dalej. To wspaniałe.

Kontynuował lekturę:

Cele poszczególnych warstw są całkowicie rozbieżne. Najwyższa dąży do utrzymania swojej pozycji. Środkowa zmierza do zamiany miejscami z najwyższą. Zamiarem niższej — o ile w ogóle go ma, bo jej przedstawiciele są tak przygnieceni nędzą, że tylko chwilami obejmują świadomością cokolwiek poza podstawowymi sprawami bytowymi — jest obalenie wszelkich różnic klasowych i stworzenie społeczeństwa, w którym wszyscy będą równi. Na przestrzeni dziejów wciąż toczą się walki, w zarysach przebiegające zawsze tak samo. Przez długie okresy wydaje się, że pozycja najwyższej warstwy jest zabezpieczona, prędzej czy później przychodzi jednak moment, kiedy jej reprezentanci tracą wiarę w siebie lub umiejętność skutecznego rządzenia — albo obie te rzeczy. Zostają wtedy obaleni przez przedstawicieli warstwy średniej, która mobilizuje do pomocy niższą, oszukując ją, że idzie o zaprowadzenie powszechnej sprawiedliwości i wolności. Kiedy tylko zdobędą władzę, członkowie warstwy średniej podporządkowują sobie warstwę niższą, a sami przechodzą na pozycję wyższej. Z jednej lub obydwu pozostałych grup wyłania się nowa warstwa średnia i walka zaczyna się od nowa. Spośród trzech grup tylko tej najniższej nigdy nie udaje się choćby na chwilę zrealizować swoich celów. Powiedzieć, że w perspektywie historycznej nie dokonał się żaden materialny postęp, byłoby przesadą. Nawet dziś, w okresie zapaści gospodarczej, standard życia przeciętnego człowieka jest wyższy niż parę wieków wcześniej. Jednak żadne wzbogacenie się, żaden progres cywilizacyjny, żadna reforma czy rewolucja nie zbliżyła nigdy ludzi do pełnej równości. Z punktu widzenia warstwy najniższej wszelkie przełomy historyczne sprowadzały się do zmiany nazwy panów.